III
Rok 2133
Po trzech latach mieszkania w kryjówce Svart, wróciłam do domu. Rodzice byli wniebowzięci, gdy uświadomili sobie, że żyje. Po jakimś czasie zaczęłam chodzić na temat szkoły. Wszyscy wtedy dziwnie na mnie patrzyli. I nie zmieniło się nie dziś. Gdy przechodzę patrzą na mnie I szepczą między sobą.To boli, ale nie pokazuję tego. Oni nie wiedzą jak niebezpieczna jestem i lepiej, żeby nie wiedzieli. Nikt oprócz rodziny nie nie wie, co potrafię, nawet moje przyjaciółki. Gdybym im powiedziała, na pewno by się ode mnie odwróciły . Tego nie chciałam, potrzebowałam ich jak powietrza. Tylko one pomagały mi zapomnieć czym jestem. Kilka razy w tygodniu mamy zebrania Svart, zawsze odbywają się w nocy. Dlatego jestem niewyspana i zasypiam na lekcjach. Cieszę się, że mam Przyjaciół w Svart. Oni są tacy jak ja. Wiedza jak to jest być innym. Czasem się boje, że stanę się zła i będę zabijać niewinnych ludzi. Żeby przeżyć musimy karmić się energią. Gdy tego nie zrobimy stajemy się słabi, nasza skóra robi się szara. Wyglądamy okropnie.
Dziś w nocy było następne spotkanie. Włożyłam swoje codzienne uranie i ubrałam czarną pelerynę. W niej łatwiej było mi przejść niezauważalnie przez miasteczko. Otworzyłam delikatnie okno żeby nie narobić hałasu i nie zbudzić rodziny i wyszłam przez nie. Rozejrzałam się, czy czasem nikogo nie ma w pobliżu i ruszyłam w stronę kryjówki. Szłam dość szybko, żeby zdążyć. Przeszłam przez las i znalazłam się na polance. Stalo tu tylko jedno drzewo. Podeszłam nie niego, odszukałam mały przycisk i kora rozsunęła się ukazując monitor. Przyłożyłam nadgarstek do monitora i ekran stał się zielony informując, że mogę wejść. Kora zasunęła się z powrotem, a zaczęła unosić się ziemia, a raczej duża klapa. Zeszłam na dół, a ona powoli opadła. Przeszłam korytarzem, którym chodziłam przez ostatnie trzy lata. Minęłam sporo zamkniętych drzwi do pokoi. Wszyscy na pewno byli już w sali. Przyśpieszyłam kroku i weszłam do pomieszczenia. Zilustrowałam wszystkich. Odkąd zostałam uratowana przez Tomas'a i Alex'a osoby które poznałam pierwszego dnia zmieniły się. Mieli 16, 19 lat. Tomas miał 26 Lat, Alex 24, Michael ich brat 20. Nie byliśmy już tymi samymi ludźmi co kiedyś. Nawet ja. Dziewczyna, która, gdy miała siedem lat zabiła swojego kolegę, następne trzy lata spędziła w więzieniu, bo tak nazywałam budynek, w którym przebywałam. Trzy kolejne w Svart, to tu poznałam samą siebie. Z zamyślenia wyrwał mnie głos. Spojrzałam w kierunku z którego dobiegał i zobaczyłam Max'a, który uśmiechał się do mnie i machał zawzięcie ręką. Razem z nim przy stole siedzieli: Daniel, Erin, Bianca, Wiktoria i Luiza. Ucieszyłam się na ich widok. Podeszłam do stolika przy, którym siedzieli. Pierwszy podszedł do mnie Max i uściskał. Od pierwszego spotkania wyprzystojniał. Jego włosy były czarne jak smoła i miał niesamowicie niebieskie oczy, nie miał już 15 lat. Następnie przywitałam się z innymi i usiadłam obok Luizy.
-. Szkoda, że nie mieszkasz z nami. Tak bardzo chciałabym cię widzieć częściej, tak jak i reszta - powiedziała.
- Ja też chciałabym widzieć was częściej, ale mieszkam z rodziną i mam sporo obowiązków, a do tego jeszcze chodzę do szkoły, przecież wiecie.
- No właśnie, jak tam w tej twojej szkole? - spytała Erin.
- Nadal się na mnie gapią - odpowiedziałam.
- To dla tego, że jesteś inna.
- Chyba tak.
- Może bym zaczął chodzić z tobą do szkoły? - powiedział Max.
- Co? - byłam zdziwiona - Dlaczego?
- Nie byłabyś taka wyobcowana, no i mógłbym cie widywać codziennie.
- Serio Max? - zaśmiała się Bianca młodsza siostra Max'a.
Chciałam coś powiedzieć, ale rozległ się głos Tomas'a.
- Widzę, że Kendra już dotarła - powiedział patrząc na mnie - Możemy zaczynać.
Zebranie skończyło się po trzech godzinach. Przyjaciele odprowadzili mnie do wyjścia i pożegnali. Wróciłam do domu tą samą drogą, zdjęłam pelerynę, położyłam się i od razu zasnęłam.
Obudziło mnie krzątanie rodziny. Podniosłam się na łokciach, miałam wielka ochotę położyć się z powrotem i odpłynąć, ale nie mogłam tego zrobić, nawet jeśli byłabym naprawdę zmęczona. Musiałam iść do szkoły i nie stwarzać pozorów. Wstałam i włożyłam czarne, luźne spodnie, rozciągnięty t-shirt i bluzę. Podniosłam leżącą na ziemi torbę i wyszłam z pokoju. Spojrzałam na zegar wiszący w kuchni. Była szósta trzydzieści. Szybko wybiegłam z domu, rzucając krótkie cześć. Miałam wielka nadzieje, że zdążę, Całe trzydzieści minut zajmowało mi dotarcie do szkoły. Gdy ja biegłam inni, bogatsi uczniowie należący do darsów spokojnie, bez pośpiechu jechali wypasionymi autami. Czasem zastanawiam się dlaczego nie urodziłam się w rodzinie darsów. Oni mieli wszystko, a my nic. Ale były to tylko głupie myśli. Stanęłam przed bramą szkoły o szóstej pięćdziesiąt pięć. Odetchnęłam z ulgą, miałam jeszcze pięć minut do rozpoczęcia zajęć. Weszłam do szkoły. Było tu tak samo ciemno jak na zewnątrz. U nas nigdy nie świecił słońce, bo zasłaniały go ciemne chmury. Świat pogrążył się w szarości. Nawet ludzie nie nosili kolorowych ubrań, tylko czarne lub szare. Zadzwonił dzwonek i ruszyłam do odpowiedniej klasy. Lekcje dłużyły się w nieskończoność. Przez cały dzień starałam się nie zasnąć. Ostatnia lekcja była strasznie nudna. Może dlatego, że kaharu uczyłam się dużo wcześniej niż inni. Nash nasz nauczyciel zadał nam pracę domową. Mieliśmy napisać jak wyglądał by nasz wymarzony świat. Napisał na tablicy tytuł " Len imaz swieaa ", co znaczyło mój wymarzony świat. Zadzwonił dzwonek. Wyszłam z klasy i od razu skierowałam się w stronę drzwi wyjściowych. Gdy znalazłam się na zewnątrz puściłam się biegiem. Uwielbiałam biegać, czułam się wtedy wolna. Skręciłam w stronę lasu, była to droga na skróty do domu. Wbiegłam do ciemnego lasu jeszcze przyspieszając. Omijałam drzewa starając się, żeby w nie nie wpaść. Gdy weszłam do domu od razu poszłam do swojego pokoju w który stało tylko łóżko i biurko, na którym poniewierały się książki. Rzuciłam torbę na podłogę i wróciłam do kuchni. Siostra już czekała na mnie, żebyśmy razem poszły do pracy. Następne cztery godziny spędziłam na zbieraniu owoców i sortowaniu nich. Do domu wróciłam wykończona. Zjadłam kolację, umyłam się i zabrałam za lekcję. Siedziałam przy biurku myśląc nad pracą domową z kaharu. Wyjęłam czystą kartkę i zaczęłam pisać. " Wil rad myss o leno imazo swieaa....". Pisałam o tym, że chciałabym żyć w świecie, gdzie świeci słońce, niebo jest tak niebieskie jak oczy Max'a. Latają ptaki, motyle, trawa jest zielona, a rzeka tak czysta, że widać dno. Gdzie ludzie są równi i wszyscy żyją w zgodzie... Pisałam i pisałam, kiedy skończyłam zdałam sobie sprawę, że wyszły z tego całe trzy strony. Odłożyłam ołówek, ziewając. Było już bardzo późno. Wstałam z krzesła i powoli podeszłam do łóżka, rzucając się na nie, przykrywając cienkim kocem. Już po chwili śniłam o świecie, który opisałam w pracy domowej.
Następnego dnia oddałam opowiadanie i właśnie wychodziłam z klasy, gdy na kogoś wpadłam. Podniosłam wzrok i zobaczyłam, że tym kimś był ten nowy.
- Uważaj - powiedział uśmiechając się - Jestem Dylan.
- Kendra.
- Hmm... czy my się już nie spotkaliśmy?
- Chodzimy razem na lekcję kaharu.
- Rzeczywiście - przypomniał sobie - Przepraszam, ale muszę iść. Może spotkamy się po szkole?
- Nie mogę, przykro mi.
- To może innym razem.
- Może - powiedziałam, a on minął mnie i poszedł dalej. Stałam tak chwilę i też poszłam w swoją stronę. Już wychodziłam ze szkoły, gdy ktoś stanął przede mną. Nie, nie, nie. Tylko nie ona. Podniosłam wzrok. Stałam przed Evie, była to wysoka blondynka o czarnych oczach. Szczerze jej nie znosiłam, nie tylko dlatego, że była darsem, ale była wredna i dokuczała mi na każdym kroku. Teraz patrzyła na mnie z obrzydzeniem i uśmiechała się szyderczo.
- Kogo my tu mamy? - powiedziała.
- Czego chcesz? - warknęłam.
- Lepiej uważaj, bo tylko jedno moje słowo, a trafisz do więzienia lub gorzej - zaśmiała się - Dawno się nie widzieliśmy. Unikasz mnie, czy co? - czekała na moją odpowiedź, ale ja milczałam - Nieważne. Ktoś musi zanieś moją torbę do auta. Przecież sama tego nie zrobię, prawda? - cisnęła torbę przede mną i czekała jak ją podniosę. Chcąc się jej jak najszybciej pozbyć, schyliłam się i podniosłam jej torbę z ziemi. Ona natomiast ruszyła do wyjścia, zostawiając mnie z tyłu. Wypuściłam powietrze z płuc. Dręczyła mnie tak od kiedy pierwszy raz przeszłam przez próg szkoły. Wiedziałam też doskonale, że w sekundę mogłam zrobić jej krzywdę. Ale nigdy tego nie zrobiłam, usługiwałam jej cierpliwie, chociaż z wielkim trudem. Podążyłam za nią. Evie stała już przy swoim aucie, patrząc na mnie niecierpliwie.
- Co tak długo? - spytała się. Wyrwała mi torbę z ręki, wsiadła do samochodu i odpaliła go, po czym dodała - Do jutra - zaśmiała się i odjechała. Ja natomiast słyszałam jej śmiech, nawet wtedy, gdy już jej nie było. Skierowałam się w stronę domu. Zastanawiając się ile jeszcze wytrzymam. Był październik i robiło się coraz chłodniej. Złapałam się za ramiona, próbując się ogrzać, gdy obok mnie przystanął czarny samochód.
- Może cię podwieź? - Dylan. Poznałam po głosie.
- Nie, przejdę się.
Następnego dnia oddałam opowiadanie i właśnie wychodziłam z klasy, gdy na kogoś wpadłam. Podniosłam wzrok i zobaczyłam, że tym kimś był ten nowy.
- Uważaj - powiedział uśmiechając się - Jestem Dylan.
- Kendra.
- Hmm... czy my się już nie spotkaliśmy?
- Chodzimy razem na lekcję kaharu.
- Rzeczywiście - przypomniał sobie - Przepraszam, ale muszę iść. Może spotkamy się po szkole?
- Nie mogę, przykro mi.
- To może innym razem.
- Może - powiedziałam, a on minął mnie i poszedł dalej. Stałam tak chwilę i też poszłam w swoją stronę. Już wychodziłam ze szkoły, gdy ktoś stanął przede mną. Nie, nie, nie. Tylko nie ona. Podniosłam wzrok. Stałam przed Evie, była to wysoka blondynka o czarnych oczach. Szczerze jej nie znosiłam, nie tylko dlatego, że była darsem, ale była wredna i dokuczała mi na każdym kroku. Teraz patrzyła na mnie z obrzydzeniem i uśmiechała się szyderczo.
- Kogo my tu mamy? - powiedziała.
- Czego chcesz? - warknęłam.
- Lepiej uważaj, bo tylko jedno moje słowo, a trafisz do więzienia lub gorzej - zaśmiała się - Dawno się nie widzieliśmy. Unikasz mnie, czy co? - czekała na moją odpowiedź, ale ja milczałam - Nieważne. Ktoś musi zanieś moją torbę do auta. Przecież sama tego nie zrobię, prawda? - cisnęła torbę przede mną i czekała jak ją podniosę. Chcąc się jej jak najszybciej pozbyć, schyliłam się i podniosłam jej torbę z ziemi. Ona natomiast ruszyła do wyjścia, zostawiając mnie z tyłu. Wypuściłam powietrze z płuc. Dręczyła mnie tak od kiedy pierwszy raz przeszłam przez próg szkoły. Wiedziałam też doskonale, że w sekundę mogłam zrobić jej krzywdę. Ale nigdy tego nie zrobiłam, usługiwałam jej cierpliwie, chociaż z wielkim trudem. Podążyłam za nią. Evie stała już przy swoim aucie, patrząc na mnie niecierpliwie.
- Co tak długo? - spytała się. Wyrwała mi torbę z ręki, wsiadła do samochodu i odpaliła go, po czym dodała - Do jutra - zaśmiała się i odjechała. Ja natomiast słyszałam jej śmiech, nawet wtedy, gdy już jej nie było. Skierowałam się w stronę domu. Zastanawiając się ile jeszcze wytrzymam. Był październik i robiło się coraz chłodniej. Złapałam się za ramiona, próbując się ogrzać, gdy obok mnie przystanął czarny samochód.
- Może cię podwieź? - Dylan. Poznałam po głosie.
- Nie, przejdę się.
- Jesteś pewna?
- Tak - po tych słowach odjechał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz