
IV
Rok 2133
Życie w Lensi. W naszym mieście nie jest łatwe i usłane różami. Musimy ciężko pracować, ale i tak nic z tego nie mamy. Wiele razy boję się, że znów po mnie przyjdą i zabiorą do tego przeklętego miejsca. Wielkimi krokami zbliżały się moje siedemnaste urodziny. Zanim jednak one nastąpią jest jeszcze Boże Narodzenie. Królowa zabroniła nam obchodzić jakie kolwiek święta oprócz jej urodzin. Była wtedy w mieście wielka uroczystość. Przejeżdżała wtedy przez środek miasteczka, pozdrawiając poddanych. Jedyni którzy cieszyli się z tego święta do darsi. Jednak my zarzy wręcz go nie znosimy. Ona wyżądziła nam tyle krzywd. Zabiła rodziny. Zaczął się listopad. Przez cały dzień było chłodno, a nieraz nawet padało. Obudziłam się z przyjemnego snu i szybko ubrałam się w czarne spodnie, bluzkę i luźny, podarty sweter. Wzięłam torbę i poszłam do kuchni. W domu było dosłownie tak zimno jak na zewnątrz. Connor mój brat wyszedł wcześnie do pracy, a Cynthia, Kaitlin i rodzice siedzieli w małej kuchni, popijając gorącą herbatę. Weszłam do pomieszczenia, przywitałam się i usiadłam przy niewielkim stole. Mama zrobiła kanapki, które z apetytem zjadłam i razem z siostrami poszłam do szkoły. Żadko z nimi chodziłam, bo zwykle wstawały wcześniej i wychodziły pierwsze. Dotarłyśmy do szkoły i każda poszła w swoją stronę. Lekcje minęły dość szybko, starałam się słuchać, nudnych wykładów. Dziś znów Dylan stanął autem i pytał, czy może mnie podwieź. Co on się tak uparł? Zastanawiałam się. W końcu uległam i usiadłam na siedzeniu obok kierowcy.
- Gdzie mieszkasz? - zapytał zerkając na mnie.
- Na samym końcu miasteczka - powiedziałam i Dylan ruszył. Rozmawialiśmy trochę, ale większość drogi jechaliśmy w milczeniu. Męczyło mnie jedno pytanie.
- A ty gdzie mieszkasz?
- Dlaczego pytasz?
- Po prostu jestem ciekawa.
- Za miastem - odparł.
- Jak tam jest? - spytałam ciekawa.
- Niewiele różni się od Lensi.
- Jak mieszkasz za miastem to dlaczego chodzisz tu do szkoły? Przecież w twoim mieście też pewnie jest szkoła.
- Moja matka postanowiła, że lepiej będzie, gdy będziemy chodzić tu.
- Jaka ona jest?
- Kto?
- Twoja mama? Może ją znam.
- Ona jest zła - powiedział - Masz szczęście, że jej nie znasz. Możemy o niej nie mówić - odwróciłam od niego wzrok i zobaczyłam, że już jesteśmy.
- To tu - rzuciłam, otwierając drzwi auta i wychodząc - Dzięki za podwiezienie.
- Nie ma sprawy - uśmiechnął się. Odjechał, znikając za zakrętem. Weszłam do domu. Zastanawiając się dlaczego Dylan mówi tle złego o swojej mamie. Musiałam się przebiec. Rzuciłam torbę na ziemię, zamknęłam za sobą drzwi i puściłam się biegiem w stronę lasu. Biegłam ile sił tak, że drzewa dookoła zaczęły się rozmywać. Nagle zaczęłam czuć głód ogarniający całe moje ciało. To on przejął kontrolę nad moim ciałem i nic nie mogłam na to poradzić. Mogłam widzieć, słyszeć, czuć, ale nie mogłam poruszać rękoma i nogami. Głód prowadził mnie, szukał swojej ofiary. Chciałam, go powstrzymać, ale nie mogłam. W końcu stanęłam, a raczej moje ciało i wtedy zobaczyłam dziewczynę idącą leśną ścieżką. Próbowałam krzyknąć, by uciekała, ale z moich ust nie wydostał się ani jeden dźwięk. Moje ciało ruszyło w stronę dziewczyny zachodząc ją od tyłu. Odwróciłam ją twarzą do mnie i wtedy ją rozpoznałam. To była Ariana. Chodziła ze mną do szkoły, niektóre lekcje nawet miałyśmy razem. Miała brązowe oczy i długie włosy. Czułam jak się zmieniam. Moje oczy stawały się całe czarne. Usta wykrzywiły się w uśmiechu. Zaczęło się. Ariana wpatrywała się we mnie z przerażeniem. Z jej ust zaczęła się wydobywać mgiełka. Skosztowałam jej i wszystko potoczyło się bardzo szybko. Dziewczyna zaczęła powoli słabnąć. Ja natomiast ze wszystkich sił próbowałam powstrzymać moje ciało przed zabiciem Ariany. Skupiłam się na tym by odzyskać kontrolę nad ciałem. Wreszcie się udało i wszystko było na swoim miejscu. Moje oczy znów były takie jak zawsze, a Ariana leżała na ziemi nieprzytomna. Sprawdziłam puls. Żyła. Odetchnęłam z ulgą, ona żyje powtarzałam w myślach. Usłyszałam głosy zbliżające się do mnie. Odwróciłam głowę w tym kierunku. Drogą szło dwoje ludzi. Chłopak i dziewczyna. Nie mogłam pozwolić, żeby mnie zobaczyli. Wstałam od ciała dziewczyny i uciekłam. Wiedziałam, że jej pomogą. Biegłam z powrotem do domu. Wpadłam do niego od razu wbiegając do łazienki i zamykając się na klucz. Stanęłam przed lustrem i spojrzałam na swoją twarz. Skóra była gładka i błyszcząca. Ciemno brązowe oczy błyszczały, tak samo jak i włosy. Wyglądałam świetnie. Tylko jakim kosztem? Po policzku poleciała mi pierwsza łza, a za nią następna i następna. W końcu rozpłakałam się na dobre. Łzy leciały strumieniami mocząc sweter. Nie wiem jak długo płakałam, ale, gdy wyszłam z łazienki wszyscy byli już w domu. Weszłam do kuchni i zobaczyłam, że przy stole siedzi Navi. Dziewczyna Connora. Była ode mnie rok starsza. Miała brązowe włosy i czarne jak smoła oczy. Ubrana była w czarne spodnie i szarą bluzę. Zobaczywszy mnie uśmiechnęła się, ale gdy bardziej się przyjrzała uśmiech zniknął z jej twarzy.
- Coś się stało? - spytała z troską.
- Nie.
- Jak to nie. Płakałaś - Sprawdziłam, czy nikt nie podsłuchuje i opowiedziałam jej o wszystkim, co się dzisiaj wydarzyło. Była taka jak ja. Mieszkała w Svart, a później wróciła do rodziny. Ufałam jej. Navi przez całą moją opowieść zachowywała kamienną twarz. Na końcu przytuliła mnie mocno. W tej samej chwili wszedł mój brat. Spojrzał na nas obejmujących się i ze zdziwieniem zapytał.
- Wy się tu przytulacie i nawet mnie nie zawołałyście? - uśmiechnęłyśmy się do siebie z Navi. A Connor zrobił urażoną minę.
- No chodź - powiedziała Navi. Mój brat podszedł do nas i ścisnął tak, że prawie się udusiłyśmy.
- Wystarczy Connor - wykrztusiłam, gdy czułam, że jeszcze chwila, a wyzionę ducha. Gdy nas puścił, pożegnałam się i poszłam do swojego pokoju. Położyłam się na łóżku, wpatrując w sufit. Nawet się nie zorientowałam kiedy zasnęłam.
Następne kilka dni, spędziłam na chodzeniu do szkoły i do pracy. Dowiedziałam się, że Ariana obudziła się, ale niczego nie pamiętała. Wszyscy uznali, że przewróciła się i uderzyła o kamień. Nikt nie podejrzewał, że ją zaatakowałam. Dziś był piątek i lekcję skończyły się szybciej. Od kilku dni Dylan odwoził mnie do domu, również dziś. Stanął obok mojego domu i zapytał.
- Może umówisz się jutro ze mną? - chciałam się jakoś wykręcić, ale nalegał.
- Dobrze.
- Wpadnę do ciebie o trzeciej - powiedział odjeżdżając. Czy to była randka? Nie, na pewno nie. Było coś w nim tajemniczego. Gdy pytałam o jego rodzinę, smutniał i szybko zmieniał temat. Dlaczego? Tego nie wiedziałam, ale byłam pewna, że niedługo się dowiem. Weszłam do domu. Cynthia patrzyła na mnie podejrzliwie.
- Kto to? - spytała.
- Kolega.
- Coś często cię z nim widujesz.
- Podwozi mnie do domu.
- To dars, prawda? - nic nie powiedziałam - Lepiej uważaj, on jest inny niż my.
- Będę uważać. Nie martw się - uśmiechnęłam się.
Wieczorem nie mogłam się skupić na nauce. Ciągle myślałam o jutrzejszym dniu. Zrobiło się późno. Usnęłam z książką w ręce. Śniło mi się, że stoję w środku lasu. Było naprawdę ciemno, chyba noc. Spojrzałam na swój strój. Miałam na sobie zwiewną sukienkę i sweter. Było zimno, na ziemi leżał śnieg. Usłyszałam za sobą głosy i szczekanie psów. Byli coraz bliżej. Serce zaczęło mi bić jak oszalałe. Puściłam się biegiem, przed siebie. Ktoś z tyłu krzyczał.
- Gdzieś tu musi być. Musimy ją znaleźć. Nie może nam uciec - przyśpieszyłam, próbując się ukryć. Jednak w lesie jest to trudne. A oni mieli jeszcze psy, które mogły mnie szybko wytropić. Nagle poczułam jak lecę w dół. Krzyknęłam cicho. Jednak nie leciałam długo. Upadłam na lodowaty śnieg. Spojrzałam w górę. Znajdowałam się w jakiejś dziurze. Wstałam i próbowałam się wdrapać, ale bez skutku. Zrezygnowana usiadłam i czekałam na nadchodzący koniec. Ludzie byli coraz bliżej, słyszałam ich dokładnie.
- Szefie, chyba coś znalazłem - powiedział jakiś chłopak. Słyszałam jak idzie po śniegu zbliżając się do miejsca w którym byłam. Był tu, widziałam go. Miał nie więcej niż ponad trzydzieści lat i ubrany był w mundur. Od razu wszystkie wspomnienia powróciły. Ja mając siedem lat, odebrana rodzicą i wtrącona do więzienia, przez żołnierzy.
- Kogo my tu mamy? - powiedział, patrząc na mnie - Panie, znaleźliśmy ją - powiedział do kogoś znajdującego się z tyłu. Osoba, którą mężczyzna nazywał panem podszedł bliżej i spojrzał w dół, prosto na mnie. Moje serce przyśpieszyło. Przede mną stał Dylan i patrzył na mnie. Potem odwrócił się do żołnierza i powiedział.
- Dobra robota. Wyciągnijcie ją, nie mamy zbyt dużo czasu.
- Tak panie......
Obudziłam się zlana potem.
- Może umówisz się jutro ze mną? - chciałam się jakoś wykręcić, ale nalegał.
- Dobrze.
- Wpadnę do ciebie o trzeciej - powiedział odjeżdżając. Czy to była randka? Nie, na pewno nie. Było coś w nim tajemniczego. Gdy pytałam o jego rodzinę, smutniał i szybko zmieniał temat. Dlaczego? Tego nie wiedziałam, ale byłam pewna, że niedługo się dowiem. Weszłam do domu. Cynthia patrzyła na mnie podejrzliwie.
- Kto to? - spytała.
- Kolega.
- Coś często cię z nim widujesz.
- Podwozi mnie do domu.
- To dars, prawda? - nic nie powiedziałam - Lepiej uważaj, on jest inny niż my.
- Będę uważać. Nie martw się - uśmiechnęłam się.
Wieczorem nie mogłam się skupić na nauce. Ciągle myślałam o jutrzejszym dniu. Zrobiło się późno. Usnęłam z książką w ręce. Śniło mi się, że stoję w środku lasu. Było naprawdę ciemno, chyba noc. Spojrzałam na swój strój. Miałam na sobie zwiewną sukienkę i sweter. Było zimno, na ziemi leżał śnieg. Usłyszałam za sobą głosy i szczekanie psów. Byli coraz bliżej. Serce zaczęło mi bić jak oszalałe. Puściłam się biegiem, przed siebie. Ktoś z tyłu krzyczał.
- Gdzieś tu musi być. Musimy ją znaleźć. Nie może nam uciec - przyśpieszyłam, próbując się ukryć. Jednak w lesie jest to trudne. A oni mieli jeszcze psy, które mogły mnie szybko wytropić. Nagle poczułam jak lecę w dół. Krzyknęłam cicho. Jednak nie leciałam długo. Upadłam na lodowaty śnieg. Spojrzałam w górę. Znajdowałam się w jakiejś dziurze. Wstałam i próbowałam się wdrapać, ale bez skutku. Zrezygnowana usiadłam i czekałam na nadchodzący koniec. Ludzie byli coraz bliżej, słyszałam ich dokładnie.
- Szefie, chyba coś znalazłem - powiedział jakiś chłopak. Słyszałam jak idzie po śniegu zbliżając się do miejsca w którym byłam. Był tu, widziałam go. Miał nie więcej niż ponad trzydzieści lat i ubrany był w mundur. Od razu wszystkie wspomnienia powróciły. Ja mając siedem lat, odebrana rodzicą i wtrącona do więzienia, przez żołnierzy.
- Kogo my tu mamy? - powiedział, patrząc na mnie - Panie, znaleźliśmy ją - powiedział do kogoś znajdującego się z tyłu. Osoba, którą mężczyzna nazywał panem podszedł bliżej i spojrzał w dół, prosto na mnie. Moje serce przyśpieszyło. Przede mną stał Dylan i patrzył na mnie. Potem odwrócił się do żołnierza i powiedział.
- Dobra robota. Wyciągnijcie ją, nie mamy zbyt dużo czasu.
- Tak panie......
Obudziłam się zlana potem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz